Nawiedzone? Nie sądzę…

Wczorajszy dzień rozpoczął się zimnym porankiem, skąpanym w Krakowskim smogu- idealna pora na wycieczkę 🙂

Spotkałam się z przyjaciółmi obok busa o 8:20. O 9:10 byliśmy już na miejscu w Krzeszowickim parku. Pogoda udzielała się atmosferze starego pałacu, w którym nie było ani żywej duszy… tak nam się przynajmniej wydawało.

dsc_1731

Jako przewodnik grupy, zajrzałam pierwsza do środka- przez okno bez szyby. W pierwszej chwili wydało się być cicho, ale po chwili… gdzieś z drugiej części pałacowego dziedzińca, zaczęła grać muzyka, a w zasadzie wszyscy stwierdziliśmy, że to muzyka sakralna. „Czarna msza?”, „Sekta?”- myśleliśmy na głos. Dźwięk nie był wyraźny- echo- obijające się o ściany pałacu. Weszłam. Nogi mi drżały. W zasadzie cała trzęsłam się ze strachu.DSC_1701.JPG

Byłam zdesperowana. Powiedziałam, że wszystko nagramy szybko, bezgłośnie i bez dyskusji. Po kilku minutach w środku, uspokoiliśmy się. Sceny do filmu wyszły fantastycznie! Pod koniec usłyszeliśmy „RMF FM”- czarna msza okazała się zwykłym „straszakiem”.

dsc_1711dsc_1697dsc_1699

Magiczne, tajemnicze i nie konieczne tak straszne jak myśleliśmy 😉  Pod koniec dnia, poszliśmy na pizzę dla uczczenia świetnej roboty i niezapomnianej przygody 🙂

Akwarelki 

Ostatnio chciałam wypróbować farbki wodne, wiec kupiłam paletę z 12 kolorami, 2 pędzle i dzisiaj zabrałam się do malowania.

To dwie pierwsze prace alwarelkami w moim życiu. Co sądzicie?  

Ciekawe aplikacje 1° „Prisma”

Chciałabym pokazać Wam aplikację na telefon, służącą obróbce zdjęć, przy pomocy kilku prostych efektów.

Wybrałam 3 zdjęcia z mojej galerii i poddałam je obróbce.

Wyniki…

Można stworzyć „dzieło sztuki”-  że tak powiem- wybierając odpowiednie efekty. Ciekawie urozmaicimy nasze zdjęcia jednym kliknięciem, otrzymując chociażby imitacje namalowanego obrazu. Polecam wypróbować  😉

„köszönöm”

„köszönöm” to dziękuję-  tylko to słowo zapamiętałam.

Siedem dni bez internetu i kontaktu z rzeczywistością było mi potrzebne. Węgry. Bogács. Miasto zastygłe prawie w bezruchu. Starsze panie przy swoich kruchych domkach, które sprzedają najpyszniejsze śliwki i orzechy włoskie jakie jadłam w życiu. Nie jest bogate… a może jest, ale w szczęśliwych ludi- bez pieniędzy.

Spokój. Cisza. Cóż więcej powiedzieć? Köszönöm! 😉

Barcelona

Początek sierpnia rozpoczął się wyjazdem do Barcelony. Jechaliśmy autobusem – dwa dni, z jednym noclegiem we Włoszech, w górskim miasteczku Tarvisio. Podczas podróży, pogoda nie zapowiadała się najlepiej, ale kiedy przyjechaliśmy na miejsce, było już 36°C.

Nareszcie przydała mi się znajomość hiszpańskiego- byłam jedyną osobą w grupie znającą ten język- więc służyłam jako nadworny tłumacz 😉 Przeszkadzało mi tylko to, że nie znałam Katalońskiego, ale na szczęście „castellano” (hiszpański urzędowy) jest używany w całym kraju- do czasu, aż Katalonia stanie się niezależnym państwem.

Oczywiście nic się nie opaliłam, bo moja skóra twierdzi, że nie potrzebuje witaminy D… ale za to dwa tygodnie później pojechałam na Węgry (o czym będzie w kolejnym wpisie 😉 )

Na zdjęciach: kamieniczki z Barri Gótic w Barcelonie. Bloki (chodziło mi tu o światło, jakie padało na budynki), które widać z Las Ramblas. Widoki z Catedral de San Eulalia (gęsi i słońce zza fragmentu muru). Z tą katedrą wiąże się ciekawa historia- od VI wieku hoduje się tam 13 gęsi, które mają symbolizować wiek, w jakim umarła i niewinność, ukamienowanej przez Rzymian św. Eulalii. I dwa zdjęcia z Lloret de Mar- zachód słońca nad morzem i turystyczna uliczka w centrum miasteczka.

Motyl

Gdzie pójść, żeby nie widzieć początku i końca, który ciąży jak chmury nade mną?

Złapanego motyla trzeba kiedyś wypuścić z dłoni…

dsc_5786.jpg

Walka? Jesteś pewny?

„Stary człowiek i morze” Dzisiaj na lekcji mówiliśmy o znaczeniach ukrytych w tej książce, a następnie je interpretowaliśmy. Wniosek był taki „życie człowieka to wieczna walka ze światem, z samym sobą” i co najbardziej mnie zdziwiło „również  z przyjaciółmi”.

Jestem w stanie się zgodzić z walką z całym światem i z samym sobą- swoimi słabościami i tak dalej, ale przecież życie jest też masą kompromisów. Gdyby faktycznie było ono jedną wielką bitwą to ludzki gatunek już dawno by wyginął. Czy rzeczywiście ze wszystkimi rywalizujemy, chcemy być od nich lepsi i pokazać całemu światu, że to my tu jesteśmy najważniejsi? Nie wiem, ale jeśli tak jest to, wolałabym żyć ze starym przekonaniem, że przyjaciele to nie są kolejne osoby do dawania mi prztyczków w nos. Bliskim się ufa i żadna lekcja tego nie zmieni.